Sprzedaj, gdy nadchodzi maj

Dodano:
John Maynard Keynes porównał kiedyś inwestowanie na rynku akcji do przewidywania wyniku konkursu piękności: nie chodzi w tym wypadku o wytypowanie rzeczywiście najpiękniejszej dziewczyny, lecz o wskazanie tej, która zostanie za taką uznana przez większość uczestników zabawy
Jeśli chodzi o inwestowanie w dłuższym terminie, to ta obserwacja Keynesa jest zapewne równie błędna jak inne jego słynne tezy. W krótkim terminie porównanie to odzwierciedla jednak dosyć dobrze rzeczywistość giełdowej spekulacji. W tym wypadku dominująca opinia uczestników rynku na temat rzeczywistości - nawet błędna - ma większy wpływ na zachowanie się cen niż sama rzeczywistość.
Ostatnimi laty ekonomiści behawioralni zabawiają się modelowaniem sytuacji takich jak opisany wyżej konkurs (patrz Nagroda Nobla dla Daniela Kahnemana w 2002 roku). Podczas jednego z takich eksperymentów uczestników zabawy poproszono o podanie liczby od 0 do 100. Poinformowano ich, że nagrodę otrzyma ten, kto poda liczbę możliwie najbliższą dwóch trzecich średniej wszystkich odpowiedzi. Np. jeśli średnia wyniesie 50, to wygra 33. Oczywiście, łatwo wpaść na to, że zamiast losowo wybranej liczby należy podać właśnie 33. Część uczestników pójdzie jednak zapewne o krok dalej. Zakładając, że większość osób poda 33, wytypują liczbę równą dwóch trzecich z 33, czyli 22. W kolejnych krokach rozumowania idealnie racjonalni gracze doszliby wreszcie do zera (czyli - jak to się określa w teorii gier - "punktu równowagi Nasha", tego z filmu Piękny umysł). Jak to wypada w rzeczywistości? No cóż... Większości graczy mózg odmawia posłuszeństwa już po wykonaniu 1-2 kroków i w omawianym eksperymencie liczbą średnią z podanych okazało się 26, a zwycięskim numerem niepozorne 17.
Co to wszystko może mieć wspólnego z obecną sytuacją na rynkach finansowych? Otóż w listopadzie tego roku odbędą się wybory prezydenckie w USA. Z kilkudziesięcioletnich statystyk wiadomo, że czteroletnia cykliczność jest jedną z najbardziej niezmiennych cech rynku akcji w USA. Inwestor, który w minionych 60 latach inwestował w indeks S&P 500 w dwuletnich okresach poprzedzających wybory (kupno pod koniec października na dwa lata przed wyborami, sprzedaż na koniec października tuż przed wyborami prezydenckimi), a pozostałe dwa lata cyklu trzymał pieniądze pod materacem, osiągnąłby ponad 3800 proc. zysku. Inwestor postępujący odwrotnie, to znaczy trzymający akcje przez dwa lata wypadające po wyborach (a nieoprocentowaną gotówkę przez następne dwa lata), uzyskałby łączny zysk w wysokości zaledwie 77 proc. Różnica - bagatela - 50-krotna!
Jak to się ma do polskiego rynku? Ktoś, kto grając w rytm amerykańskiego cyklu prezydenckiego, swoje oszczędności ulokował na warszawskiej giełdzie pod koniec października 2002, do marca tego roku zarobił średnio 70 proc. (zmiana WIG). Kupując cztery lata wcześniej (w październiku ‘98, tuż po dnie paniki wywołanej bankructwem Rosji), można było w październiku 2000 r. zarobić 26 proc. Zakup akcji jesienią 1994 dał po dwóch latach wzrost na poziomie 73 proc. Natomiast strategia odwrotna, czyli kupowanie akcji na GPW tuż przed wyborami prezydenckimi w USA w 2000 roku czy też w 1996 roku, narażała na  straty w wysokości 9 i 8 proc. Polską giełdą steruje globalny rynek, a globalnym rynkiem amerykańskie wybory. Ładne, prawda?
Wytłumaczenie zadziwiającego, prezydenckiego fenomenu jest oczywiście banalne: na krótką metę odpowiednia polityka fiskalna ze strony walczącej o reelekcję administracji i manipulacje stopami procentowymi ze strony "niezależnego" banku centralnego zwykle potrafią zdziałać cuda. Po wyborach zaś przychodzi czas płacenia rachunków. Dziś także inwestorzy muszą racjonalnie zakładać, że po wyborach rząd USA będzie zmuszony do podniesienia podatków w celu doraźnego załatania sięgającego 500 mld dol. rocznie deficytu budżetowego, Fed podniesie stopy z ich obecnego 40-letniego minimum (1 proc.). W efekcie lata 2005-2006 przypominać będą raczej zły dla giełdy okres 2001-2002. Świadomy reguł gry inwestor powinien więc sprzedać akcje tuż przed wyborami, czyli pod koniec października (odpowiednik 33). Ale możemy przewidywać - stosując nasz behawioralny model - że część bardziej przytomnych spekulantów postanowi wyprzedzić działania reszty, decydując się na wcześniejszą sprzedaż. Latem powinno to zaowocować zmasowaną falą "dyskontującej przyszłość" wyprzedaży (odpowiednik 26). Wiemy jednak, że zwycięstwo - czyli sprzedaż akcji na samym szczycie - przypadnie tym graczom, którzy zdołają wykonać jeszcze jeden krok rozumowania, zamykając długie pozycje na rynku akcji gdzieś w okolicach kwietnia-maja (wygrywająca siedemnastka). Czyż można się dziwić wynikowi tego rozumowania, wiedząc, że jedna z najbardziej uświęconych reguł Wall Street brzmi "Sell in May, go away on Holiday"
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...